CZWARTEK

Leje jak z cebra. Nawet miejscowi przyznają, że to najgorszy dzień tej zimy. Z nudów pijemy lokalne wino commadaria – strasznie słodkie (ble) i niezbyt tanie (ech).

PIĄTEK

Niebo trochę się rozchmurza i po porannym deszczu jedziemy na tytułowy półwysep. Z ciężkimi chmurami nad głową zaglądamy do kilku jaskiń wydrążonych w klifie i na mosty skalne. A gdy tylko pada, chowamy się w samochodzie.

SOBOTA

Nareszcie świeci porządne słońce, na szczęście lot powrotny jest o 19.10, więc mamy w końcu czas zobaczyć Kavo Greko w pełnej krasie i jeszcze powygrzewać się na plaży w Larnace.

Łapiemy słońce do plecaka na resztę zimy i liczymy, że celnicy nie zarekwirują go na granicy 🙂

[STRES DNIA]

Wypożyczalnia samochodów Stevens ma taką politykę, że daje auto z połową baku, a trzeba oddać z pustym. Po zapaleniu się kontrolki jedziemy jeszcze jakieś 60 km, ale boimy się, że zabraknie nam wachy tuż przed lotniskiem. Dla świętego spokoju w Larnace tankujemy jeszcze za 2 euro. Pracownik stacji robi na nas wielkie oczy – to chyba najkrótsze tankowanie w jego życiu. 🙂

[SMAK DNIA]

Opuszczając naszą kwaterę, dostajemy od gospodarza pomelo z jego ogródka! W życiu nie jedliśmy lepszego!

 

Nie, to nie jest liczba mnoga od kiełbasy salami 🙂 To miasto sprzed 3 tys. lat. Za co lubimy Cypr? Za to, że wszystkie interesujące nas atrakcje mamy za darmo. Na tę jedyną płatną decydujemy się, bo nie mamy innych planów w drodze z Iskele do okolic Agya Napy 🙂 Na zasadzie „przyszłem wcześniej, gdyż nie miałem co robić”.


Po drodze jeszcze Famagusta, zwana przez tureckich mieszkańców Gazimagusą.


A to koty i cytrusy koło naszego mieszkania 🙂

 

Przejeżdzamy całą wyspę w poprzek z Polis do Iskele. Na przejsciu granicznym w Yesilirmak gawędzimy z sympatycznymi pogranicznikami – kilka słów, których nauczyliśmy się w Turcji i Lewandowski przełamują lody 🙂 Czekamy jakieś 15 min. na gościa od ubezpieczeń (obowiązkowe OC na Cypr Północny) i ruszamy na podbój tureckiej części wyspy. 

Następnego dnia wybieramy się na najdalej wysunięty na wschód kraniec wyspy – półwysep Karpaz. Witają nas dzikie osiołki, które (rozpieszczone przez turystów) wpychają głowy do samochodu w poszukiwaniu smakołyków. Ostatnie 5 km pokonujemy pieszo i docieramy na sam kraniec wyspy. Dalej, za morzem już tylko Turcja i Syria. Dönner i ayran za wysiłek się należy!!!

[MĄDROŚĆ DNIA]

Tankuj paliwo w Tureckiej Republice Cypru Północnego, bo jest o ⅓ tańsze niż po stronie greckiej.

 

NIEDZIELA

Budzą nas dzwony pobliskiej cerkwi o 6:30, ale udaje nam się jeszcze trochę zdrzemnąć. Po śniadaniu ruszamy na wąwóz Avakas. Ostatnie 2 km przed rozpoczęciem szlaku to wąska, wyboista droga w górę i w dół, więc nie ryzykujemy naszą wynajętą Fiestą i idziemy na piechotę. Równolegle do drogi idzie bowiem ścieżka dla pieszych po plaskim terenie. Wejście na szlak jest zamknięte policyjną, żółtą taśmą, więc nieco zbija nas to z tropu, ale idziemy. Po paru minutach spotykamy grupę z przewodnikiem idącą z naprzeciwka i okazuje się, że można wejść do wąwozu, ale na własne ryzyko, bo (zwłaszcza zimą) jest zagrożenie nagłym spiętrzeniem wody lub osunięciem kamieni. Oczywiście, idziemy. Ściany kanionu coraz bardziej zbliżają się do siebie, a środkiem płynie strumyk lodowatej wody. Skaczemy z kamienia na kamień, aż docieramy do miejsca, gdzie nie da się przejść suchą stopą, więc zawracamy. Wąwóz jest naprawdę fajny i trochę nam przypomina Saklikent w Turcji.

Godzina jest młoda, więc ruszamy na jeszcze jeden szlak koło naszej wioski. Traska nie jest tak zajebista, jak ta wczorajsza, ale idzie się przyjemnie wśród sosen, a ich zapach jest fantastyczny. Napawamy się widoczkiem na obie części Półwyspu Akamas i spadamy do wioski.


 

PIĄTEK

Opuszczamy Larnakę i kierujemy się na północny zachód, na półwysep Akamas, zahaczając o Pafos. Po drodze zajedżamy do miejsca, w którym Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany – Petra tou Romiou. Wieje 8 w skali Bouforta, wiatr urywa nam głowy. Afrodytę też już zwiało, została tylko piana. Jesteśmy twardzi, leziemy po kamienistej plaży i wdrapujemy się na tytułową petrę (skałę). Wicher nas smaga. 

A skoro jest zima to „lepimy” bałwana ?


Posileni budyniowymi mega slodkimi zawijasami kierujemy się na wrak statku Edro III. Sztormowe fale widowiskowo uderzają w niego raz po raz. Dostaje się także klifom z wydrążonymi jaskiniami.


Przed zmrokiem docieramy do wioseczki w górach niedaleko Polis. Nocujemy w „mitato” czyli tradycyjnej pasterskiej jednoizbowej chatce.

SOBOTA

Mieliśmy się nie wysilać, więc idziemy na nietrudny szlak Afrodyty. Na samym początku wędrówki postanawiamy przejść się dalej wybrzeżem i poeksplorować pobliskie lagunki.

Po 2 godzinach znów wracamy na szlak, tyle że od dupy strony. Czyli zamiast wchodzić łagodnym wejściem, a schodzić bardziej stromym, fundujemy sobie zapierdziel ostro pod górkę. Widoki na szczęście rekompensują wszystko.


 

Prognoza pogody zapowiada w Larnace deszcze, ale w Nikozji do południa tylko zachmurzenie. Jedziemy zatem do stolicy. Po drodze próżno szukać tu znaków na Nikozję, bo tutaj nazywa się Lefkozją.

To ostatnia stolica w Uni Europejskiej z granicą dzielącą ją na pół.

Oto część grecka – Republika Cypru.

A to część turecka – Turecka Republika Cypru Północnego. Pierwszy raz w życiu jesteśmy w kraju nieuznawanym przez międzynarodową społeczność.

A to tytułowe falafele w towarzystwie zapiekanki z serem haloumi i souvlaki. Porcje tanie i duże ?.

 

Szczecin żegna nas śniegiem (pierwszym tej zimy), więc tym bardziej cieszymy mordki, że jedziemy do ciepłego kraju. 

Przylatujemy do Larnaki po zmroku, odbieramy podstawione przez wypożyczalnię auto i jedziemy na nocleg na przedmieściach. Rano budzi nas pianie kogutów i słońce. Wyglądamy przez okno, a tam zielono! Ale nam tego brakowało!

Ruszamy nad pobliskie słone jezioro, w którym żerują famingi. Może nie ma ich aż tyle, co w Boliwii, ale i tak jest fajnie. Przechodzimy obok pobliskiego meczetu, a tam tabuny kotów! Głaszczesz jednego, a obłazi cię całe stado. Nie musimy Wam chyba mówić, że zabawiamy tam dłuższą chwilę?


Myśleliśmy, że trasa będzie wiodła wzdłuż brzegu jeziora, a tu nagle idziemy przez jakieś pola. W końcu docieramy do skarpy z dziurami. W niektórych z nich mieszkają lalki!!! 

Trochę się chmurzy, więc uciekamy coś zjeść. Na plaży McKenzie totalne pustki (zresztą nad jeziorem też nikogo nie spotkaliśmy) i dwie trzecie barów zamknięte. A nad glowami nisko przelatują samoloty, niczym na St. Maarten. Po obiedzie i zakupach wracamy do naszego wynajętego mieszkania inną drogą i natrafiamy na akwedukt, który widzieliśmy rano znad jeziora.


[ZASKOCZENIE DNIA]

Ludzie tu są bardzo mili. Podczas zakupów w mini markecie dostajemy ogórka i pomidora gratis. Efharisto!

[GADKA W BARZE]

Ona: Smakowało?

My: Tak, dziękujemy. Porcje były bardzo duże!

Ona: Tak to jest na Cyprze. Wrócicie 15 kilo grubsi, ha, ha! ?

 

Jutro ruszamy na Cypr. Nastawiamy się na przechadzki, wchłanianie słońca i śródziemnomorskiej kuchni. I tyle. Żadnych „koniecznie musimy zobaczyć”, ani „zdecydowanie trzeba się udać do…”. Bez planu, bez pośpiechu, bez wstawania o 4 rano, bo cośtam.

Co się z nami porobiło?