3700 km od Chile i 4000 km od Tahiti, lądujemy na najmniejszym lotnisku, na jakim byliśmy. Nie jesteśmy już w Ameryce Południowej, tylko w Oceanii, choć formalnie nadal w Chile. Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna) zaskakuje nas zielenią, wilgocią i ciepłem. Wszystkim, czego potrzebowały nasze wymęczone pustynią ciała. Jest trawa! Kwiaty! Palmy! Właściciel naszego campingu wita nas naszyjnikami z kwiatów, buziakami i uściskami. W hostelu nawet się nie myjemy, ani nie przebieramy, tylko pędzimy do miasteczka, nad ocean, zobaczyć upragnione Moai. No i są! Nie możemy w to uwierzyć, ale są i my obok nich. Pełen surrealizm. Moai jak z kuriera wycięte!
Następnego dnia idziemy wgłąb wyspy. Po drodze jemy drugie śniadanko w towarzystwie pojedynczego Moai. Mijamy wzgórza Puna Pau z trzema krzyżami na szczycie, które pasują do tej pacyficznej wyspy jak kwiatek do kożucha. Łapiemy pierwszego stopa do Ahu Akivi, bo już nas trochę nogi bolą, a tu ciągle pod górkę. Ahu to wielka kamienna platforma, na której stoją Moai. Podkusiło nas coś głupiego i wybieramy się stamtąd na najwyższy punkt wyspy, 550 metrowy szczyt Terevaka. Łatwo nie jest, bo non stop pod górkę, ale w końcu docieramy do lasu eukaliptusowego na samej górze i mamy widok na Hanga Roa (jedyne miasteczko na wyspie) i Pacyfik. Dalsza część szlaku jest dużo łatwiejsza – w dół, w dół, w dół, z widokiem na krater Rano Raraku – nasz cel na kolejne dni. Kwadrans po dojściu do szosy udaje nam się złapać stopa do miasteczka. Całe szczęście, bo nieźle wykończyła nas ta trasa. Nie wiemy, ile kilometrów zrobiliśmy, ale to prawie 6 godzin marszu. Łatwo zlekceważyć rozmiary tej wysepki, ale ukształtowanie terenu potrafi dać w kość. Chyba jesteśmy jakimiś masochistami, bo jak się wymęczymy jak konie po westernie, to nie czujemy, że jesteśmy na wakacjach 🙂

[CIEKAWOSTKA WIELKANOCNA]
Widzieliście, że niektóre Moai mają na plecach „tatuaże”? My też nie.

[ZAWÓD DNIA]
W sklepach z pamiątkami nie sprzedają pisanek! Hi, hi 😉

[CIEKAWOSTKA KULINARNO-OBYCZAJOWA]
Bułki w Chile, w tym i na Rapa Nui, sprzedaje się nie na sztuki, a na kilogramy.

 

1 odpowiedź do Fiku miku jesteśmy na Pacyfiku

  1. […] O Rapa Nui marzyliśmy długo, aż w końcu nadarzyła się okazja – pojechaliśmy do Chile. Stwierdziliśmy, że bliżej wyspy już pewnie nie będziemy, więc nie ma co kombinować i trzeba lecieć, bo inaczej będziemy żałować. Pamiętajcie, że na tę polinezyjską wyspę można dolecieć tylko z Santiago de Chile, a monopol mają linie LATAM (ewentualnie raz w tygodniu z Tahiti). Udało nam się kupić bilety za 1500zł/os w obie strony, więc w miarę jak na ten kierunek niedrogo. Lot trwał 5 godzin. Pod nami nic tylko Pacyfik, Pacyfik, Pacyfik i nagle… jest! Mała kropeczka na oceanie! Był 29.08.2016 – imieniny Sabiny, których nigdy nie zapomni. Natychmiast po przylocie popędziliśmy zobaczyć nasze upragnione MOAI, czyli tajemnicze, wielkie posągi patrzące w głąb wyspy. O rany – trudno było nam uwierzyć, że widzimy je naprawdę. Przez kolejne 5 dni eksplorowaliśmy zakątki Rapa Nui – mamy niesamowite wrażenia! Jak było – zobaczcie sami na 5-minutowy filmiku: http://wpodrozy.net.pl/rapa-nui-przezyjmy-to-jeszcze-raz/ Dobre rady: 1. Nie lekceważcie rozmiarów Rapa Nui – to, że nawet na ogromnej mapie świata jest tylko mini-kropeczką nie znaczy, że można ją obejść pieszo raz-dwa. • Jeśli wypożyczycie rowery (10.000 CLP, czyli ok.60 zł za dzień), to z Hanga Roa (jedynego miasteczka na wyspie) na Rano Raraku, które leży na drugim końcu wyspy będziecie sporo pedałować raz w górę, raz dół. • Samochody zaczynają się od ok 45.000 CLP/ dzień, ale nie mają ubezpieczenia! Autem zjedziecie wszystko w 1 dzień. • Fajnym rozwiązaniem jest autobus typu hop-on/hop-off, który jedzie po najważniejszych atrakcjach za 15.000 CLP (nazywa się Ara Moai)– znajomi korzystali i byli zadowoleni. • Jest jeszcze lepszy sposób na zwiedzanie i nie wiemy dlaczego właściwie nikt z niego nie korzysta. My zrobiliśmy to tak: http://wpodrozy.net.pl/fiku-miku-jestesmy-na-pacyfiku/ […]

Dodaj komentarz